"Małe życie" - Hanya Yanagihara || Książki przy Róży
- Melanie Rose

- 5 lis 2019
- 5 minut(y) czytania

Witajcie Różyczki!
Dzisiaj, po miesięcznej przerwie, zajmiemy się książką "Małe życie", autorstwa pani Hanyi Yanagihary.
Nie chcę przedłużać, więc tylko powiem szybko, że na mojej stronie na Facebooku znajduje się już harmonogram pojawiania się postów i rozdziałów nowych książek. No, ogólnie zerkajcie na Facebooka i na Instagrama, żeby nie przeoczyć jakichś informacji, nowości i innych rzeczy tego typu.
Zaczynajmy!
"Małe życie" opowiada nam trudną historię skrytego i tajemniczego Juda St. Francisa, który z pewnością wiele przeżył. Dowiadujemy się tego z jego wspomnień, które w pewnych momentach jego życia nagle znowu zaczynają go dręczyć.
Dlaczego uważam, że jego historia jest trudna?
O tym można by było pisać i pisać, jednak nie zdradzając aż tak fabuły mogę powiedzieć tylko, że doświadczył on wielu przykrych zdarzeń, które później przeszkadzają mu w normalnym funkcjonowaniu. Jako dziecko, chłopiec, nastolatek i mężczyzna nie miał łatwego życia i myślę, że każdy, kto po "małe życie" sięgnął jest w stanie to przyznać.
Historia jest opowiedziana w trzeciej osobie liczbie pojedynczej, a narrator nie jest wszechwiedzący, co pozwala nam na poznawanie głównego bohatera w spokojnym tempie przez wiele lat, tak jak pozwalał on na to innym bohaterom.
Cała książka jest podzielona na siedem mniejszych części, a każda z nich jest podzielona na około 2-3 rozdziały. Części nazywają się kolejno: Lispenard Street, Postczłowiek, Upiększacze, Aksjomat Równości, Szczęśliwe lata, Drogi Towarzyszu, Lispenard Street. Tak, Lispenard Street pojawia się dwa razy i powiem wam, że obecnie czuję naprawdę duży sentyment do obydwu części.
Nie chciałabym was okłamać, ale wydaje mi się, że w całym tekście narracja zmienia się tylko dwa razy i zmienia się narracji trzecioosobowej na narrację pierwszoosobową, która jest w formie przypominającej list do bohatera, który moim zdaniem może zaliczać się do jednego z głównych.
No właśnie kim jest główny bohater? Bez dwóch zdań głównym, najgłówniejszym bohaterem jest Jude St. Francis, jednak myślę, że do głównych bohaterów możemy też zaliczyć kochanego Willema Ragnarssona, troszkę zagubionego Jean-Baptiste Marion i bardzo neutralnego, a jednocześnie bardzo lubianego przeze mnie Malcolma Irwina. Tutaj historia jest tak naprawdę o nich, to oni są wymienieni w opisie książki i to ich życia są tutaj przedstawione, jednak dodałabym tu jeszcze Harolda. Postać na początku, wydającą się być jedynie poboczną, przeradzającą się w osobę bez której nie wyobrażam sobie Juda. Każdy z bohaterów, jakich tutaj wymieniłam, w pewnym stopniu Juda zmienił, jednak najbardziej udało się to Willemowi, z którym trzymał się on najbliżej i Haroldowi, który stał się później dla Jude kimś, kogo nigdy nie miał.
To może teraz coś o Judzie, o moich odczuciach związanych z tą barwną postacią. Jest to świetnie zbudowany bohater i naprawdę teraz wielkie brawa dla pani Yanagihary za tak dobrą postać. Czytając, czułam, jakbym czytała o kimś, kto naprawdę istnieje, kogoś, kogo w pewnym znaczeniu tego słowa znam. Cały czas byłam też zaskakiwana nowymi wspomnieniami Juda, jego przeżyciami, nim samym. Byłam przerażona, bo czułam, że naprawdę istnieją prawdziwi ludzie o historiach podobnych do jego. Byłam przerażona, bo wiem, że tacy ludzie istnieją i, że muszą myśleć, że ich życie to zwyczajne piekło. Tak, jak to odbierał w pewnym sensie Jude.
Chłopak zupełnie pozbawiony dobrej samooceny, gnębiony i wykorzystywany w dzieciństwie. Człowiek, na którym zostało odciśnięte takie piętno, że czytając, byłam pełna podziwu dla wszystkich ludzi o podobnych historiach. Zaczęłam doceniać ludzi, którzy byli mi obcy. Zaczęłam doceniać ich historie, bo nigdy nie wiemy, dlaczego ten chłopak, na oko trzydziestolatek, kuleje. Często kierujemy się stereotypami i nawet nie dopuszczamy do siebie myśli, że ludzie niekoniecznie są stereotypowi.
Teraz - postać Willema. Prosty bohater, prosty człowiek, który w pewnym sensie również w siebie nie wierzył. Bardzo przystojny, rozpoczynający swoją karierę aktor. Willem zapisał się w moich myślach jako osoba bardzo otwarta i bardzo kochająca. Był gotowy poświęcić się dla tych, których kochał, jednak oczywiście był też tylko człowiekiem i zdarzały mu się wpadki. Teraz, gdy myślę o Willemie to dostrzegam właśnie takiego prostego człowieka, którego historię znamy praktycznie od samego początku i wiemy, jak się potoczy jego życie. Jednak pani Yanagihara nie mogła tego tak zostawić i jego życie potoczyło się zupełnie inaczej niż sobie wyobrażałam, jednak finalnie jestem bardzo usatysfakcjonowana. Jego życie było zwyczajnie piękne.
Następnie niech pójdzie Malcolm. No cóż... Chłopak z bogatej rodziny, gnijący w korporacji i marzący o byciu architektem. Czy mu się uda? Ja wam tego nie powiem. Jednak teraz może troszkę o moich odczuciach względem tejże postaci. Malcolma kojarzę, jako postać bardzo neutralną. Taką, niewnoszącą zbyt wiele do akcji, jednak może jest to spowodowane tym, że bardziej skupiłam się na Willemie i Judzie, a może dlatego, że życie Malcolma było spokojniejsze i mniej skomplikowane niż życie rzeszty bohaterów.
Jean-Baptiste Marion jest kolejny i już na wstępie do jego akapitu powiem wam, że w nikt na niego Jean-Baptiste nie mówi, a jest to po prostu JB. JB, czyli niesamowicie kreatywny człowiek, który chce stać się sławnym artystą. Jest on jedynym bohaterem, który był przekonany, że życie przyniesie mu wielką sławę i, że tylko jemu ona się tak naprawdę należy. A przynajmniej takie miałam wrażenie. Nie oplatając zbytnio w bawełnę mogę stwierdzić, że moim zdaniem JB był bardzo zadufany w sobie i nie należał on do moich ulubieńców. Jego postać oczywiście również była bardzo dobrze zbudowana, bardzo wybuchowa, pyszna i jednocześnie czytając o nim było się pewnym, że czyta się o artyście, jednak mimo mojej bezgranicznej sympatii do kreatywnych ludzi, nie zgarnął on tejże sympatii.
Okej, myślę, że powinnam się też wypowiedzieć o Haroldzie, ale nie chcę wam tutaj zdradzać fabuły, a jedynie uchylić jej odrobinę, więc jedyne co powiem o Haroldzie to: przecudowna postać, świetnie zbudowana, pełna miłości, świetnie uzupełniająca całą opowieść. Harold stał się moim absolutnym faworytem, stojąc tuż obok Juda.
Już powoli będziemy się skłaniać ku końcowi.
"Małe życie" porusza wiele trudnych tematów, takich jak: samotność i to zarówno samotność wśród ludzi, jak i taką samotność ogólnie, starzenie się, samookaleczanie się, molestowanie seksualne i wszystko, co jest z tym związane, szeroko pojętą przemoc, samobójstwo i śmierć najbliższych nam osób. Jednocześnie porusza też takie tematy jak: miłość, i to zarówno miłość rodzicielską, miłość przyjacielską i miłość między kochankami, przyjaźń i dbanie o dobro drugiej osoby, bycie taką osobą, jaką chce się być i spełnianie swoich marzeń.
Książka pani Yanagihary jest niesamowita. Zakochałam się w niej i w tych pięknych, nieidealnych bohaterach, z którymi tak się utożsamiałam. To jest ten jeden z nielicznych razy, kiedy bez jakichkolwiek wątpliwości stwierdziłam, że "Małe życie" zasługuje na co najmniej 10 różyczek na 10 możliwych i z chęcią przyznałabym jej ich więcej, jednak niestety postanowiłam się trzymać skali.
Oczywiście, jeśli wy również przeczytaliście "Małe życie" podzielcie się waszą opinią na temat książki, właśnie tutaj, w komentarzach lub także tutaj, w komentarzach, podajcie mi linka do waszej strony, na której zamieściliście waszą recenzję tejże książki.
Dziękuję wam za uważne czytanie! Zostawcie coś po sobie, zajrzyjcie na poprzednie posty i niech wam się cudnie żyje!
Do zobaczenia ponownie!
Melanie Rose
08 listopada 2019r.




Komentarze