top of page

"Mroczne Wybrzeża" - Danielle L. Jensen ||Książki przy Róży

Witajcie Różyczki!


Na dzisiaj przygotowałam recenzję książki autorstwa pani Danielle L. Jensen, o tytule "Mroczne Wybrzeża". Jest to pierwsza powieść z serii o tej samej nazwie, a czy napiszę recenzje kolejnych części? Dowiecie się na końcu posta. Książka jest dość "świeża", bo została wydana w polskiej wersji w sierpniu tamtego roku.


Zacznę od przedstawienia wam postaci autorki, żeby chociaż udawać, że w tych postach nie panuje jeden wielki chaos.


Danielle L. Jensen pochodzi z Kanady, a dokładniej z Calgary. Jest autorką bestsellerowych książek z cyklu "Trylogia Klątwy" (Porwana Pieśniarka, Ukryta Łowczyni, Waleczna Czarownica, Niedoskonali) i "Królestwo Mostu". Pisze powieści fantasy i science-fiction, bo jak sama mówi najlepiej się w nich czuje. Jako ciekawostkę, którą można znaleźć w podziękowaniach "Mrocznych Wybrzeży", powiem wam, że autorka wpadła na ich pomysł już w 2007 roku, jednak dopiero w roku 2019 napisała ostateczną wersję, która została wydana i trafiła do naszych spragnionych przygód rączek.


Tyle o autorce, teraz przejdę do "spraw technicznych", czy jakoś tak.


Pierwszy tom serii składa się z 47 rozdziałów, glosariusza oraz podziękowań, bardzo długich, na szczęście dla mnie. Na jednej z pierwszych stron znajdziemy też dedykację dla taty autorki. I szczerze mogę powiedzieć, że uwielbiam takie krótkie dedykacje bez zbytniego rozczulania się i bardzo długie i skomplikowane podziękowania, więc książka zaczynała się i-de-a-lnie! Na okładce możemy też znaleźć opinię pani Sarah J. Maas. Opinia, jak można zauważyć jest niezwykle pozytywna, bo wprost do nas krzyczy "Uwielbiam każde słowo tej książki". Pani Sarah J. Maas jest pisarką i jednocześnie autorką między innymi "Szklanego Tronu" i "Dworu cierni i róż".


Jednak czy książka jest rzeczywiście aż tak dobra? Nie będę was już dłużej trzymać w napięciu i przejdę tym razem już do właściwej treści książki.


Spotykamy się tutaj z historią zawziętej piratki - Teriany - i niepokonanego legionisty - Marka. Wszystko jest osadzone w fantastycznym świecie, podzielonym na dwie połowy przez oceany, Wschód i Zachód, które nic o sobie nawzajem nie wiedzą, a ten sekret znają tylko bogowie i pływający po oceanach Maarinowie. Historia o bogach, piratach, legionach, wojnie, władzy i tylu rzeczach, że aż ciężko powiedzieć o wszystkim.


Teriana należy do Maarinów, można nawet nazwać ją ich księżniczką. Jest ona piratką i drugim oficerem Maarińskiego statku, pływającego między dwoma lądami przez oceany, nazwanym Quincense. Jest córką Tesyi, czyli pani kapitan Quincense, oraz najlepszą przyjaciółką córki celendorskiego senatora, Lidii. Pobożna, przeurocza i wrażliwa, mimo że akurat tę cechę próbuje przed wszystkimi ukryć. Ma też swój charakterek i jeżeli chodzi o jej bliskich, zrobi wszystko, co trzeba. Nienawidzi ona Marka, Celendoru i wszystkiego co jest z nimi związane.


A Marek? Marek jest legionistą, dowódcą owianego bardzo złą sławą legionu Trzydziestego Siódmego. Mówi, że legion jest jego jedyną rodziną, jednak ma sekret, który skrywa od dzieciństwa. Zrobi wszystko, żeby nie wyszedł on na jaw, stąd też pomaga jednemu z senatorów Imperium podbić nowe tereny na Zachodzie. Chłopak zna się na ludziach, a podczas swojej służby w legionach zabił ich wiele, przez co teraz dręczą go koszmary. Prześladuje go Chersome... Ale co to, to wam nie zdradzę.


Są to główni bohaterowie książki i szczerze mogę powiedzieć, że obydwoje są baaardzo skomplikowani.


Co uważam o książce?

No cóż, wypisałam sobie jej wszystkie wady i zalety na kartce, więc pozwólcie, że teraz wam je wszystkie zaprezentuję.


Występuje bardzo dużo skomplikowanych nazw, co może sprawić trochę trudności, jednak na szczęście wszystkie są dobrze wyjaśnione, a jeśli nie mamy pewności zawsze możemy sprawdzić w glosariuszu. Trzeba też jednak przyznać, że każda z nazw po pewnym czasie wchodzi do głowy, więc zapamiętanie ich nie jest aż takie trudne.


Dalej, książka jest bardzo... emocjonalna, albo może jest taka tylko w moim odczuciu. Jednak kiedy czytałam, czułam, jakby każde słowo było idealnie dobrane, żeby trafić prosto we mnie i zapuścić korzenie w mojej duszy. I nie, przysięgam, że tego nie przerysowuję. Do tej pory, za każdym razem jak myślę o "Mrocznych Wybrzeżach" to słyszę szum fal, dźwięki sztormu, widzę Marka siedzącego nago na plaży i przesypującego złoty piasek przez palce, lub widzę Terianę, wesoło machającą głową, żeby tylko usłyszeć miły dźwięk błyskotek na jej zaplecionych włosach. I tak wiem, może i to głupie, ale tak już mam.


Ponadto historia jest po prostu ciekawa i ja przeważnie siadałam wieczorami na łóżku i obiecywałam sobie "tylko jeden rozdział", a później odkładałam książkę po pięciu rozdziałach, bo nie mogłam się oderwać.


Występuje też wątek miłosny, który po kilku rozdziałach był troszkę przewidywalny, ale mimo wszystko był skomplikowany, niebanalny i dobrze przemyślany. Autorka nie utraciła charakteru postaci, tworząc romans, co jest naprawdę dużym wyzwaniem, z którym pani Jensen bardzo dobrze sobie poradziła.


I na koniec najlepsze, bardzo, ale to bardzo trzymające w napięciu zakończenie, na które naprawdę warto poczekać, bo jest zwyczajnie nie-sa-mo-wi-te!


Więc, ostatecznie mogę powiedzieć, że daję "Mrocznym Wybrzeżom" 10 gwiazdek na 10 możliwych, bo inaczej okłamywałabym wszystkie te emocje, które do tej pory jeszcze we mnie siedzą po przeczytaniu tej książki. Czuję, że ta historia będzie mi się śnić po nocach jeszcze przez bardzo, bardzo długi czas i nie jestem pewna, czy jestem z tego powodu zadowolona.


Dziękuję wam bardzo za uwagę, życzę miłego życia i dużo czasu na czytanie!

Melanie Rose

Komentarze


Dołącz do mojego newslettera!

© 2019 Melanie Rose. Z pomocą niesamowitego Wix.com

  • Biały snapchat Ikona
  • Biały Instagram Ikona
bottom of page